[Geek filmowy] Strażnicy Galaktyki

[Geek filmowy] Strażnicy Galaktyki

Rozpoczynamy stały cykl na naszym blogu poświęcony filmom. Czego możecie się po nim spodziewać? Recenzji filmów oraz felietonów o tytułach uznawanych powszechnie jako geek-kanon. Zaczynamy od filmu, który zaraz przy premierze nie wywołał we mnie absolutnie żadnych emocji, a doceniłem go dopiero w domowych zaciszu. Chodzi mianowicie o Strażników Galaktyki.

Lata 80 w Polsce były okresem burzliwych przemian. Stan wojenny, okrągły stół, Solidarność. Oj, działo się. Niestety sam tego nie pamiętam, gdyż urodziłem się pod koniec tamtej dekady. W USA natomiast było bardziej kolorowo – muzyka, taniec, MTV, prężny rozwój growego przemysłu. Każdego jednak może dotknąć tragedia i tak stało się w przypadku małego Petera Quilla. Uciekając ze szpitala, chwilę po tym jak jego mama zmarła nie przypuszczał, że zostanie uprowadzony przez kosmitów.

Kilka ładnych lat później, jako dorosły już mężczyzna podróżuje pomiędzy planetami szukając szansy na zarobek. Z wiernym walkmanem przy pasku i słuchawkami na uszach znajduje obiekt swojego zlecania, lecz wtedy sytuacja komplikuję się i do akcji wkraczają nieznajomi, którzy chcą zdobyć tę samą kulę co Quill. Udaje mu się jednak uciec z artefaktem i rusza na Xandar, gdzie ma dostać zapłatę. W tym czasie jego tropem rusza Gamora, której celem jest wcześniej znaleziona pradawna kula, a po drodze Rocket i Groot zauważają, że za głowę Petera jest wyznaczona nagroda. I tak by się ganiali, gdyby nie trafili do jednego więzienia.

Szczerze nie przepadam za uniwersum Marvela. Jednak zbyt duża ilość kolorów, jakie widziałem swojego czasu w komiksach zraziła mnie na tyle, aby nie chcieć dać szansy tym wszystkim bohaterom. Właśnie dlatego byłem zupełnie obojętny na ten film i zdrowo mnie wkurzało jak wszyscy dookoła trąbili jakiego to jest arcydzieło. Koniec końców postanowiłem spróbować. Opłaciło się!

Mamy tutaj do czynienia ze świetnym kinem przygodowym, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dzieje się tutaj dużo, lecz nie za dużo dzięki czemu nie pogubimy się w trakcie seansu. Jest też zabawnie i już druga scena, kiedy dorosły Peter poszukuje artefaktu i wesoło pląsa słuchając hitów minionych lat rozbawiła mnie do łez. Nie jest to jedyna taka chwila podczas filmu, więc pośmiejemy się nie raz. Zobaczymy też momenty mniej wesołe, np. pijanego Rocketa. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że film został dobrze wyważony. James Gunn spisał się na medal reżyserując ten dwugodzinny twór.

Tak samo aktorzy. Kiedy usłyszałem, że Chris Pratt gra główną rolę, nie byłem do końca przekonany. Aktor, którego zawsze będę kojarzył z nie-do-końca-rozgarniętym pracownikiem biurowym z serialu Parks & Recreation, nie pasował mi do roli kosmicznego herosa. Okazało się, że się myliłem i poradził sobie bardzo dobrze, tworząc postać szczerą i naturalną. Spodobał mi się także Bradley Cooper jako Rocket. Mimo, że podkłada tylko głos, jest przekonywujący jako cyniczny szop. Choć ciągle zastanawiam się, nad Grootem, który został obdarzony głosem przez Vina Diesela, ponieważ wypowiada w filmie „I am Groot” oraz „We are Groot”, w różnych wariantach emocjonalnych. Prawie jak pokemon.

Film jest bardzo fajny i nie żałuję ani minut na niego poświęconej. Bawiłem się świetnie! Andy, tfu, Peter rozbawiał mnie przez cały film, oraz z nieskrywaną ekscytacją czekałem będzie działo się dalej. Uprzedzę wszystkich, którzy jeszcze nie załapali – nie jest to bardzo głęboki film, z drugim dnem. Jeszcze to kino rozrywkowe w czystej postaci, przy której będziemy bawić się przednie obserwując jak nasza średnio dobrana grupka kosmicznych herosów walczy z Ronanem chcącym zniszczyć wszystko. Polecam!

Film możecie kupić na Blu-Ray w naszym sklepie.