[#nikogo] Nie o taką „Japonię” walczę.

[#nikogo] Nie o taką „Japonię” walczę.

Jeżeli czytacie nas już jakiś czas, to pewnie domyśleliście się już, że gry z Japonii to mój konik. Przeróżne jRPGi, zręcznościówki rodem z salonów gier, slashery i inne popierdółki, które usilnie nazywam sztuką i wpycham znajomym, żeby się nimi ze mną „jarali”.

Nigdy nie umiem do końca wyjaśnić czemu tak naprawdę tamta stylistyka bardziej do mnie przemawia. Zawsze broniłam jRPGów wskazując na ich fabułę i lekkość, z jaką potrafią nas wessać do swojego świata. Mając na myśli „swojego” chodzi mi głównie o sztywne jego ramy. O brak wyborów, o te „zamknięte korytarze” i ścieżki, z których nie można zboczyć albo da się w niewielkim znaczeniu. Ten fakt, że dostaję pełną historię, dopracowaną w każdym szczególe. Bohatera który, choć nie dokonuje moich wyborów i z którego myśleniem nie do końca się zawsze zgadzam, to jednak jest mi tak bliski. Bohatera którego po prostu rozumiem, poznaję w jaki sposób myśli i po wielu godzinach gry przeżywam wszystko razem z nim – razem z nim się złoszczę, płaczę. Nie potrzebuję do tego widoku z pierwszej osoby, nie potrzebuje do tego zmieniać imienia czy kreować sylwetki. Przyjmuję go takiego jakim jest i obserwuję wirtualny świat jego oczami, trochę tak jak posiadanie „przyjaciela z internetu”. Jest wirtualny, jest ci bliski, ale jest sobą i nie masz na to wpływu. Może ten sposób prowadzenia historii wydaje mi się po prostu bardziej ludzki, jednak ja dziś nie o tym.

Dziś ten tekst został zainspirowany czymś zupełnie innym. Tomasz pewnego dnia z rana uraczył mnie tym trailerem.

Uwaga! Trailer jest bardzo NSFW!

 

 

I coś się we mnie przelało.

Tyle pięknych historii przeżyłam w erze PSXa, moja ulubiona część Final Fantasy zawsze przychodzi mi na myśl kiedy ktoś mówi o PS2. Nawet na PS3 znalazły się, w moim osobistym odczuciu, perełki. To na konsoli Sony poprzedniej generacji wędrowałam razem z Oliverem w Ni no Kuni, po raz pierwszy zrozumiałam fenomen serii Tales — wszystko dzięki Tales of Xillia.

Do czego właściwie zmierzam tym tekstem? O dziwo nie do standardowego „kiedyś było lepiej” (choć było). Zastanawiam się, czy to ja się zestarzałam i moe klimaty już mi nie odpowiadają, czy może kiedyś jRPG były nie tylko grami z cyckami? Wielkim znawcą nie jestem ale naprawdę nie przypominam sobie czegoś takiego przed erą PS3. Przynajmniej czegoś takiego wydanego w języku angielskim. Powiecie pewnie, że w Japonii była tego masa i teraz to nic nowego. Że to gry zaprojektowane na rynek Japoński i co mi chodzi. Otóż boli mnie fakt, że poza jRPGami jak ten przywołany, na naszym rynku możemy spotkać niewiele więcej dobra z tamtego świata. S-E czasem wypuści jakieś Final Fantasy, raz na jakiś czas jest kolejny Tales of, na który potem prawie rok czekamy w Europie i tyle. Reszta to, za przeproszeniem, nic nie warte visual nowelki dla otaku z elementami turowej walki. Daję szansę tym grom. Dzielnie próbowałam swoich sił w Neptunii, Omega Quintet, Time & Eternity etc.. Ale to nie to, po prostu nie to.

Od jRPGa wymagam fabuły, wymagam by mnie oczarował historią pełną przygód i zwrotów akcji. Wymagam bohaterów, którzy muszą podjąć decyzje i żyć dalej z ich konsekwencjami. Nie chce tych wyborów dokonywać za nich, chcę scenariusza. Nie chce widzieć jak otoczenie zmienia się pod wpływem moich decyzji, jak nagina się do mojej woli i „robi mi dobrze”. Chcę razem z moim bohaterem stawiać czoła trudnym sytuacjom i z niecierpliwością oczekiwać na rozwój wydarzeń. Czemu Japonia nie może mi już tego dać? Podobno na PS4 mamy oczekiwać wielu jRPGów, które gdzieś uciekły nam z dużych konsol na handheldy. Na chwilę obecną są to jedynie tytuły od Compile Hearts i pokrewnych — a to zupełnie nie moja bajka. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że nie będzie dobrych gier z tego gatunku. Nowa Persona, po wszystkich tych latach oczekiwania w końcu dostaniemy Final Fantasy XV, mam nadzieję, że po drodze trafi się też coś dobrego od Gusta. Jednak gdzieś umyka mi zapał do tego. Zaczynam kolejne gry i nie kończę ich bo „są za bardzo Japonia”, frustruję się bo przecież to mój styl i nie mogę pojąć czemu tak bardzo mnie nagle od tego odpycha. „Za bardzo Japonia” to w moim prywatnym słowniku oksymoron. Ja i takie stwierdzenie? Jednak to możliwe i bardzo mi nie leży. Nie leży bo buntuję się przed sytuacją, gdzie jRPG nie jest mi w stanie zaoferować więcej niż heavy waifu & moe content. Buntuję się, bo wiem, że potrafią inaczej i bardzo za tym tęsknie. Tęsknie za dobrym, dorosłym jRPGiem.
Tytuł notki brzmi jak brzmi również dlatego, że jestem biurowym bojownikiem o „chińskie gierki”. Zależy mi byśmy mieli aktualną ofertę na wszystkie tytuły, jakie mają się ukazać w Europie. W miarę możliwości chciałam też o nich pisać tutaj na blogu jednak ze smutkiem stwierdzam, że z nowości nie mam nic do polecenia.