The Legends of Heroes – Trails of Cold Steel. Ten tytuł zaczyna świetny rok dla jRPGów.

The Legends of Heroes – Trails of Cold Steel. Ten tytuł zaczyna świetny rok dla jRPGów.

jRPG to mój ulubiony gatunek gier, o czym zapewne wiecie. Niełatwo jednak zadowolić moje gusta, o czym wspominałam we wpisie Nie o taką Japonię walczę. Tym razem jednak wszystko potoczyło się jak w bajce. Zaczęło się od ekscytacji, że wreszcie po latach ta część Sen no Kiseki trafi do Europy, potem było wyczekiwanie, aż w końcu z wypiekami na twarzy odpaliłam grę.

Wtedy mnie to uderzyło, zakochałam się. Nie jadłam, mało spałam i grałam. Grałam i się zachwycałam, ale może przejdźmy do samego tytułu.

The Legend of Heroes: Trails of Cold Steel zaczyna się dość sztampowo. Grupa młodziaków, pierwszy rok prestiżowej akademii wojskowej zostaje wytypowana do eksperymentalnej klasy. Naszym bohaterem jest Rean – obserwujemy świat z jego perspektywy. To trochę tajemniczy, spokojny chłopak, który każdemu chce pomóc. Niby nic odkrywczego, ale sposób w jaki rozwiązuje przeróżne problemy czy jego ogólna chęć niesienia pomocy sprawiają, że jest idealną postacią na bycie głównym bohaterem i oczami gracza. Reszta klasy VII, czyli naszych towarzyszy broni na szkolnym ( i nie tylko) placu boju to tez kompleksowe postacie, które poznajemy z czasem coraz lepiej. Co bardzo sobie cenię w tej grze to to, że żadna postać mi nie przeszkadza i żadna nie jest za mało ciekawa by znaleźć się w gronie bohaterów pierwszoplanowych.

O czym jednak jest sama gra? To japoński RPG więc pewnie już znacie odpowiedź. Tym razem jednak nie ratujemy świata przed jakimś większym złem, złym lordem, najeźdźcą czy jakąś fantastyczną kreaturą. Z pozoru  nawet nie potrzebujemy nic ratować bo fabuła bardzo długo płata figle i udaje, że wszystko jest super a my levelujemy i poznajemy nowe ataki/technik bo przecież  uczymy się na akademii wojskowej. Niektórych może to znużyć lub mogą się odbić od tej pozycji, bo niestety historia wolno się rozkręca. Posłuchajcie jednak mojej rady i chociaż „zmuście” się do minimum 2 pierwszych rozdziałów. Dalej będzie tylko lepiej.

Większość z Was zapewne nie trzeba będzie jednak przekonywać, bo poza fabułą zakochają się jeszcze w samej rozgrywce. TLoH jest turowym jRPGiem i zapewne wielu się głowi jak jeden turowy system walki może się różnić od drugiego. Może i ten tytuł jest świetnym tego przykładem. Poza klasycznym atakiem w trakcie walki mamy jeszcze Crafty i Arty. Każdy z tych dwoch typów ma oddzielny pasek z przeznaczoną dla siebie energią i każdy się bardzo różni. Na Crafty wykorzystujemy CP, które odnawiają nam się w trakcie walk, co jest bardzo fajnym motywem. Są to zdolności, które możemy aktywować od razu i są unikalne dla każdej postaci. Arty są czymś w rodzaju magii, każdego bohatera możemy nauczyć każdego zaklęcia tak długo jak wyposażymy go w kamień, który da mu taką możliwość. Skąd brać te kamienie? Wytwarza się je z drobinek, które pozostawiają stwory i… i resztę ogarniecie jak będziecie grać. System jest ciekawy i elastyczny, warto się wczytać w statystyki naszych bohaterów by dobrać odpowiednie dla nich akcesoria i zaklęcia. To, co mi się jednak najbardziej podoba w walkach to fakt, że każdej z naszych głównych umiejętności potrzebujemy i gra wymaga na nas zapoznanie się z nimi. Nauczona doświadczeniem po Final Fantasy będąc na odpowiednio wysokim poziomie po prostu spamowałam atak. Wychodziłam z założenia, że randomowe mobki niewiele mi są w stanie zrobić. Błąd. Jeśli poczujecie się w tym tytule zbyt pewnie to zaraz dostaniecie po dupie. Arty oraz Crafty są do użytku powszechnego i należy z nich korzystać do woli, a nie tylko od święta przy walce z bossem. Przekonałam się o tym boleśnie.

Niewielkim mankamentem jest grafika. Gra ma już swoje lata i była projektowana przede wszystkim na Vite. Jeśli jednak to Wam nie przeszkadza Wam granie z przestarzałą grafiką czy spadkami klatek to nie macie się o co martwić. Przy świetnym gameplayu i wciągającej fabule grafika jest zawsze u mnie na ostatnim miejscu.  Jeśli miałabym graficznie Sen no Kiseki do czegoś przyrównać to głównie do pierwszego Tales of Xillia czy pierwszych części Hyperdimension Neptunia. Nie jest źle ale szału też nie ma.

 

Jaki jest ostateczny werdykt? Bardzo pozytywny. Na początek roku dostałam świetnego jRPGa, który spokojnie pomoże mi przetrwać do kolejnych premier. TLoH jest bardzo dobrze skrojoną historią ze świetnym systemem walki i niezłą oprawą audio-wizualną. Jest moim ulubionym przykładem japońskich gier – zabawny ale nie głupi, ma mini gry, które są na tyle opcjonalne, że można je pominąć. Dokładając do tego interakcje między postaciami i możliwość wyboru z kim chcemy się bardziej lub mniej zaprzyjaźnić – otrzymujemy naprawdę udaną mieszankę.

Bardzo się cieszę, że NIS America zdecydowało się na wydanie tego tytułu po angielsku. Patrząc na to ich poprzedni katalog gier długo obawiałam się, że Sen no Kiseki nigdy nie trafi w moje ręce po angielsku i ogram go dopiero przy odpowiedniej znajomości angielskiego. Na szczęście tak się nie stało i możemy się nim cieszyć po angielsku. Dla fanów gatunku jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa, czy to na PS3 czy na Vitę.

 

Bardzo dziękujemy NIS America za udostępnienie kopii recenzenckiej na PS3!